Czy się w diabła wierzy czy nie, coś podpowiada w duchu, że lepiej nie parać się jego sprawami i ograniczyć zaprzątanie sobie nim głowy do
minimum. Z takim niewymówionym ale słyszalnym podszeptem podejmuje się krótkiego
przeglądu diabelstwa piszący te słowa, mając jak najrzetelniejszy zamiar, aby, skończywszy
ten wątek, nie wracać do niego w ogóle albo tylko z rzadka. Niech stare porzekadło,
które przestrzega aby nie dawać diabłu palca, bo całą rękę złapie, będzie
symbolem tej przestrogi. Warto o niej pamiętać tak przy kreśleniu tych linijek
i ich lekturze, jak też w robieniu czegokolwiek innego w świetle dnia czy pod osłoną
nocy.
Wbrew temu, co mogłoby się
czasem wydawać, diabelstwo nie jest wyłączną domeną ideologii chrześcijańskiej. Wszelkiego rodzaju demonów, biesów i czartów
nie brak ani we współczesnych religiach świata, ani w pradawnych wierzeniach. Złe
duchy, które traktuje się jako odpowiedzialne za choroby, klęski natury i ludzką
ręką spowodowane tragedie, są częścią składową niejednego systemu religijnego. Zawdzięcza
temu swoje istnienie, między innymi, grupa zawodowa szamanów, druidów i znachorów,
obecna w społecznościach wierzących w złowrogie moce i ich niepożądaną
ingerencję.
Aczkolwiek demony w
zachodniej świadomości zwykle kojarzą się ze złem, ich potwornie wyglądające
postacie w religiach wschodu często symbolizują dobre siły duchowe. Przykładem
tego są zatrważające wizualnie inkarnacje hinduistycznych bogów lub wizerunki
zamieszkujących ich świątynie demonów. Życzliwe cechy charakteru złych duchów ilustruje
także rodzima legenda o czarcie, który dopatrzył, że sprawiedliwości stało się zadość
wobec wdowy, której praworządności nie był w stanie przed wiekami zapewnić trybunał.
Wypalona na sądowym stole czarcia łapa w zamku lubelskim ciągle przypomina o
tym niebywałym wstawiennictwie nieczystych sił.
Ten ostatni przykład
ilustruje, że pozaziemskie moce w sferze chrześcijaństwa niekoniecznie zawsze kojarzono
z nikczemną, niemoralną działalnością. Dobroczynny, lub przynajmniej nieszkodliwy,
składnik diabelstwa zdaje się być zawarty w postaciach pomniejszych diabłów,
takich jak Rokita czy Boruta. Postacie tych i innych biesów, do których nawiązują
tradycje polskiego folkloru, zdają się czerpać z pradawnych, nie zawsze spójnych
z chrześcijańską teologią wzorców. Równie neutralne moralnie, a przy tym skore
do żartów i inspirujące sympatię, mogą wydać się demoniczne postacie, dodające magicznego
uroku „Balladynie” Słowackiego czy uatrakcyjniające „Burzę” i „Sen Nocy Letniej”
Szekspira.
Innym zaskoczeniem dla niedoświadczonych
badaczy diabelstwa może okazać się jego zbliżone pochodzenie i znaczenie w
trzech wyrastających z tego samego biblijnego pnia religiach – judaizmie, chrześcijaństwie
i islamie. Analiza diabła w tych trzech religijnych kontekstach wskaże, że,
pomimo specyficznych hebrajskich, arabskich czy europejskich zabarwień, są one odbiciem tego
samego konceptu złych mocy. Czy będzie to Szatan, Belzebub, Szajtan
Mefistofeles czy Lucyfer, wszystkie postacie rozumiane są jako skazani na
banicję zbuntowani aniołowie, którzy po wygnaniu stali się książętami czy generałami
piekła, kusicielami, krzewicielami zła i niszczycielami dobra.
Odwołań do powszechnego w chrześcijańskiej
tradycji Szatana nie brak w kulturowych przekazach, czemu zawdzięcza swoje
istnienie, między innymi, niegasnący na Zachodzie i złą sławą okryty kult
satanistyczny. O Belzebubie przypomniał w „Dziadach” nasz narodowy wieszcz,
Adam Mickiewicz, przypisując mu rolę zastawiania piekielnych sideł na carskiego
gubernatora okupowanej Polski. Rodzime literackie odniesienia do Mefistofelesa można
znaleźć w legendzie o Twardowskim, którą Mickiewicz z niezaprzeczalnym wdziękiem
uwiecznił w poemacie „Pani Twardowska”. Z większym rozmachem i wpływem na kulturę
europejską rozsławił Mefistofelesa Goethe w „Fauście”. Pomiędzy różnymi wersjami władcy
piekieł, na szczególną uwagę zasługuje Lucyfer, którego imię sugeruje, że jest
on nosicielem światła. Wydaje się to intrygujące, bo w zachodniej, chrześcijańskiej
kulturze światło kojarzy się z dobrymi raczej niż złymi mocami. To zaskakujące
zderzenie symboli w osobie Lucyfera zdaje się sugerować mezalians między
eklezjastycznymi i pogańskim tradycjami.
Pouczające wskazówki, co
do tego niecodziennego połączenia, można znaleźć w znanym ze swojego ezoterycznego
uroku dziele literackim Tomasza Manna, „Doktor Faustus”, które nawiązuje do
tematyki „Fausta” Goethego. Królewicz piekieł nęci tu kompozytora, Adriana
Leverkühna, by darował mu swoją duszę w zamian za zdolność i czas do tworzenia
dzieł muzycznych o niesłychanej, wręcz nieludzkiej, oryginalności. W sposób zbliżony
do natury pogańskich demonów i niespójny z tradycyjną postawą Szatana,
Mefistofeles nie kusi muzyka do niemoralnych aktów, a bardziej zależy mu na pozyskaniu
cennej duszy do swojego królestwa.
W „Fauście”, „Doktorze
Faustusie” i „Pani Twardowskiej” Mefistofeles daruje swojemu wybrańcowi, w
zamian za jego duszę, nadprzyrodzone zdolności, wykraczające poza to, co jest normalnie
śmiertelnikom dostępne. Mefistofeles nie jawi się tu jako odrażający, niecny
stwór, ale raczej jako przebiegły pośrednik lub agent, oferujący produkt, który
normalnie nie jest w ludzkim zasięgu, a co wybrani przez kusiciela mogą posiąść
za cenę swojej duszy. Ta diabelska cecha udostępniania tego, co normalnie
nieosiągalne, pozwala lepiej zrozumieć dwuznaczność Lucyfera. Jego światło daje,
mianowicie, iluminację potrzebną, by zobaczyć to, czego śmiertelna osoba
normalnie zobaczyć nie może.
Szatańskie naświetlenie pozaziemskich
spraw i pozyskiwanie ludzkich dusz rodzą kłopotliwą kwestię ograniczoności
boskiej władzy, z którą diabelska zdaje się być w konkurencji raczej niż pod jej kontrolą.
Tradycyjnie rozumiany Bóg powinien, w swojej wszechmocy, być odpowiedzialny za
stworzenie i kontrolę wszystkiego, łącznie ze złem i niedozwolonymi rejonami bytu i niebytu. A jednak to
nie on, ale piekielny władca i podżegacz oferuje bilet wstępu do zabronionych
sfer i licencję do używania magicznych zdolności. Choć spójne wydaje się to z biblijną
logiką, zgodnie z którą diabelstwo obraca się zasadniczo dookoła koncepcji
buntu aniołów, to jednak nie poprawia to stanu, w którym absolutna władza, jak
gdyby, wymyka się boskiemu stwórcy.
W rozluźnieniu tego
filozoficznego gordyjskiego węzła mogą pomóc dwa inne słynne utwory literackie:
„Mistrz i Małgorzata” i „Czarodziejska Góra”. W pierwszej powieści, szatańska postać
Wolanda tworzy iluzje nadprzyrodzonych wydarzeń przed oczami mieszkańców
Moskwy. W drugiej zaś, nieobecna i niewypowiedziana obecność Szatana stoi za niesamowitymi
wydarzeniami, mającymi miejsce za sprawa dziewczyny medium, która zjawia się w
otoczeniu głównego bohatera, Hansa Castorpa, w sanatorium w Davos. Podczas gdy dzieło
Bułhakowa nie oferuje klarownych wskazówek, co do tego jak śmiertelnik powinien
rozumieć obserwowane niesamowitości, Mann robi w tym względzie oświadczenie
postawą i słowami głównego bohatera.
Hans Castorp przerywa seans
spirytystyczny, w którym przywołana zostaje zjawa jego zmarłego kuzyna. Opuszczając
zebranych, oświadcza z oburzeniem, że to jest nieprzyzwoite i nie powinno mieć miejsca w otoczeniu cywilizowanych ludzi. Nie zaprzeczając istnienia niezrozumiałej
magii, w której brał udział, uświadamia sobie, że rolą człowieka jest odwrócić się
od tych mrocznych, podejrzanych sfer i zapomnieć o ich istnieniu. Jego postawa
zdaje się mówić, że zadaniem człowieka jest skupić się na tym, co jest dane w
ludzkiej, naturalnej sferze i skierować swoje wysiłki, by uczynić tę domenę
coraz lepszą, coraz bardziej harmonijną i doskonałą. Zajmowanie się sprawami
poza nią, w obrębie sfery, która jest normalnie ukryta przed ludzkimi zmysłami,
nie daje nic pożytecznego i może tylko zaszkodzić w osiąganiu pożądanego i
chlubnego celu ulepszania świata.
Ani brak wskazówek u Bułhakowa,
ani dydaktyczne sugestie Manna nie negują jednak istnienia domeny poza
granicami doświadczanego zmysłami świata. Kluczem do niej okazuje się być każda
z uosobień Szatana. Ten władca niewidzialnego świata, w którym dozwolone jest
wszystko, co jest zabronione w widzialnym, sprawia wrażenie równego samemu
boskiemu stwórcy – obaj rządzą swoimi oddzielnymi domenami. W zamian za dostęp
do nieograniczonych zasobów swojego świata, Szatan zyskuje duszę światłej
jednostki ludzkiej, której nie wystarcza to, co dostępne w granicach
normalności. Te nieszczęsne dusze są mu potrzebne nie po to, by je potem smażyć
w ogniu piekielnym, ale by pozyskać wiernych uczniów i wyznawców do umacniania
swojego królestwa.
Powieściowe wydarzenia w
Davos, które prawdopodobnie mają korzenie w rzeczywistych wydarzeniach, przywodzą
na myśl pokrewna diabłu postać transylwańskiego księcia-wampira Drakuli, który
ofiarowuje nieśmiertelność w zamian za krew i przyłączenie się do grona łaknących
wiecznej młodości apostołów. Poza uwypuklonym przez literaturę i kinematografie
pragnieniem krwi, Drakula, podobnie do Mefistofelesa czy Lucyfera, nie wdaje
się w niemoralne czyny. Jawi się on raczej jako dżentelmen, który nie robi nic,
czego jego ofiara sama sobie nie życzy. Postać Drakuli ilustruje także podwójne
dno transakcji z diabłem. Dopiero po otrzymaniu nieśmiertelności, magicznych zdolności
czy artystycznego talentu nieszczęśnik zdaje sobie sprawę, że wyrzuca go to
poza obręb doczesnego świata i pozostawia w beznadziejnej samotności. Zyskawszy
nadprzyrodzone dary, traci kontakt z resztą śmiertelników, zalety czego dostrzega
z rozpaczą dopiero po stracie tego niedocenianego, ludzkiego przywileju.
Powyższe ilustracje i
logika diabelstwa podpowiada bluźnierczo brzmiącą sugestię, że być może do pojęcia
całości stworzenia potrzebna jest komplementarność Boga i Szatana. Mimo że wykluczają
się, jako władcy dwóch przeciwnych sobie obszarów, to jednak również uzupełniają się, jak rzeczywisty świat Alicji
z krainy czarów z jego alternatywą po drugiej stronie lustra. Jeden władca jest
odpowiedzialny za domenę doczesności i skutkowo-przyczynowej normalności, a
drugi za jej przeciwną, uzupełniającą stronę. Pierwszy obszar istnieje
postrzegalnie, namacalnie w granicach poznania, a drugi zaczyna się tam, gdzie kończy
się pierwszy.
Dla tych, których razi
taki komplementarny dualizm, mniej wyzywającą i łatwiejszą do zaakceptowania będzie
alternatywna interpretacja, w której działalność Szatana ma podobny charakter
do psot i figli Boruty, Rokity czy innych pogańskich i półpogańskich demonów. Nawet
jeśli nie ośmiela się on dorównywać Bogu, to ze swojej pozycji ponad
śmiertelnikami drwi z tych, którzy wierzą w absolut ograniczonej doczesności, wiedząc
doskonale, że to nie jest wszystko. Naśmiewa się z pyszałkowatej postawy tych, którzy
są niezbicie przekonani, że poza materialnym światem nie ma nic więcej. Jego szyderczo
śmiejąca się postać kpi też z religijnych demagogów którzy, strasząc ogniem po śmierci, nierzadko czynią piekło za życia.
Niezależnie od obranej
postawy wobec diabelstwa, sam nakaz odwrócenia się od niego, jak pedagogicznie upomina
Tomasz Mann, potwierdza istnienie jego domeny po drugiej stronie doczesności. Lepiej
jednak poskromić do niej tęsknoty, bo próby jej doświadczenia, zrozumienia i
pogodzenia z normalną rzeczywistością mogą mieć niekorzystne skutki, tak dla poszukujących jak i otoczenia. Mogą się one zakończyć tak, jak skończyły się dla bohaterów powieści
Bułhakowa lub literackich ofiar Mefistofelesa czy księcia Drakuli. Aby nie podzielić
ich losu i pozostać wśród zdrowych na umyśle śmiertelników, kreślący te słowa
przerywa na tym swoje dociekania i adoptuje postawę Hansa Castorpa. Poskromiona
ciekawość przystoi ludzkiej godności bardziej niż pycha i zarozumiałość, od których
nawet beztroska bezmyślność wydaje się lepsza. Tylko wyjątkowo obdarowane
jednostki, i nie bez szkody dla siebie, mają wgląd w cienistą stronę istnienia.
Reszta to szczęściarze, którzy powinni starać się jak najlepiej wykorzystać przywileje istnienia po jasnej stronie. © Robert Panasiewicz 2014